Archive for October, 2001

Kosztowne wykroczenia

Friday, October 26th, 2001

Po roku funkcjonowania przestał obowiązywać taryfikator, tj. cennik mandatów za wykroczenia drogowe. Policjant może nam wymierzyć mandat w wysokości do tysiąca złotych. Zniesione zostały kolegia ds. wykroczeń. Sprawy o wykroczenia będą rozpatrywane przez sądy.

Po likwidacji kolegiów sprawy o wykroczenia przejmują tworzone przy sądach rejonowych wydziały grodzkie. Nowy kodeks postępowania w sprawach o wykroczenia przewiduje procedurę bardziej skomplikowaną i długotrwałą.

- Do tej pory sporadycznie spotykaliśmy się w kolegium ds. wykroczeń z obrońcami reprezentującymi obwinionych.
Przypuszczam, że teraz ich udział będzie o wiele częstszy, przez co wydłuży się proces samego postępowania. Dla policjantów, którzy będą występowali w charakterze oskarżycieli przed sądem prowadzimy specjalny cykl szkoleń – powiedział nam asp. sztabowy Grzegorz Fajlhauer, p.o. naczelnika Sekcji Prewencji w KMP w Tychach.

- Obwiniony w sprawie o wykroczenie ma prawo stawić się w sądzie razem ze swoim obrońcą. Jeżeli udowodni, że nie stać go na adwokata, to sąd może mu wyznaczyć obrońcę z urzędu. Postępowanie ze strony policji powinno być zakończone do 30 dni. Pokrzywdzony może też sam złożyć wniosek do sądu o ukaranie sprawcy wykroczenia – powiedział nam nadkomisarz Jerzy Malisz, naczelnik SRD KMP w Tychach.

- Zawieszenie taryfikatorów nie skomplikuje pracy policji drogowej. Mamy bogate doświadczenie z poprzednich lat, kiedy grzywna w postępowaniu mandatowym była wymierzana z uwzględnieniem warunków socjalnych i osobistych sprawcy, charakteru oraz ciężaru wykroczenia. Ocenialiśmy też stopień szkodliwości społecznej. Przed rokiem bardzo oburzyło mnie nie tyle wprowadzenie taryfikatora, co sposób uzasadnienia. W założeniu pomysłodawców miał to być sposób walki z korupcją w policji – podkreśla J. Malisz. – Policjanci byli dobrze przygotowani do korzystania z taryfikatora. Ściśle określone stawki mandatów za konkretne wykroczenia ucinały wszelkie dyskusje i targi o wysokość grzywny. Taryfikator był narzędziem bardzo surowym, średnia wysokość grzywien przed jego wejściem w życie była o 50 proc. niższa. Na początku spotykaliśmy się z wieloma zażaleniami na wysokość mandatów. Wszystkie skargi były kierowane do rozpatrzenia przez kolegium. Od 17 października wszystkie sporne sprawy o wykroczenia będą kierowane do właściwego sądu. Zmienią się druki procesowe wymagane do sporządzenia wniosku o ukaranie.

Niektórzy policjanci narzekają, że sporo czasu musieli poświęcić na zapamiętanie stawek do ponad 300 różnych wykroczeń. Teraz kierowcy znowu będą prowadzili z nimi negocjacje na drodze mające na celu uzyskanie jak najmniejszego mandatu. Taryfikator ucinał takie dyskusje.

Mówią policjanci tyskiej drogówki

- Grzywna musi być karą. Jednak dla jednego 300 złotych było połową wypłaty, natomiast dla innego była to mało znacząca kwota. A kara powinna być jednakowa dla wszystkich.

- Zniesienie taryfikatora jest bez sensu. Kiedy funkcjonował, to było wiadome jak karać. Teraz – teoretycznie – mogę wymierzyć mandat nawet w wysokości 1000 złotych, ale nie wiem jakie musiałoby to być wykroczenie (czy wykroczenia).

- Obawiam się, że możemy być co chwilę wzywani do sądu, nawet po służbie, co może nam zdezorganizować pracę i życie prywatne. Adwokaci mogą przeciągać sprawę, oskarżony może chorować…

- Sądzę, że dalej będziemy się posiłkować taryfikatorem, ale jednocześnie będziemy uwzględniać sytuację materialną i społeczną sprawcy wykroczenia.

Pamiętaj!

§ Maksymalna wysokość mandatu – 1000 zł.
§ Mandatem możemy być ukarani do trzech dni po popełnieniu wykroczenia. Jeśli poza policjantem był inny naoczny świadek – termin wydłuża się do dwóch tygodni.
§ Wykroczenia przedawniają się w dwa lata po ich popełnieniu.
§ Nie ma taryfikatora. Policjant ocenia stopień społecznej szkodliwości kary i uwzględnia cele kary. Oceniając szkodliwość czynu policjanci będą korzystać ze starego taryfikatora.

Autor artykułu: (WS, MR)

Wracają na parkiet

Friday, October 26th, 2001

Tydzień temu zawodniczki Częstochowianki pauzowały, ale nie zmarnowały wolnego czasu.
- Dużo trenowaliśmy. Mój zespół rozegrał dwa springi: z męską drużyną z osiedla Ostatni Grosz oraz Wulkanem AZS Politechnika – mówi trener Częstochowianki Zbigniew Biegański.

W klubie nikt nie robił wyrzutów zawodniczkom z powodu porażki w inauguracyjnej kolejce z Gaudią Trzebnica. Zwłaszcza, że później Gaudia pokonała jeszcze dwa inne zespoły i zajmuje pierwsze miejsce w tabeli drugiej ligi.

W sobotę o godz. 18.00 Częstochowianka podejmować będzie MKS Dąbrowa Górnicza. Rywalki mają na swoim koncie jedno zwycięstwo i jedną porażkę.

Autor artykułu: (kp)

Śpiewające serce

Thursday, October 25th, 2001

Na scenie Opery Śląskiej zadebiutował 55 lat temu rolą Alfreda Germonta w “Traviacie” Giuseppe Verdiego. Znakomity śpiewak Bogdan Paprocki, mimo swoich 82 lat, cały czas zachowuje artystyczną sprawność i gości na koncertowych estradach. Jubileusz działalności artystycznej wybitnego tenora świętowano wczoraj w Operze Śląskiej.

Niestety bez udziału samego artysty, którego zmogła grypa. Paprocki spotka się ze swoimi fanami w bytomskiej Operze w grudniu.

Bogdan Paprocki urodził się w Toruniu 23 września 1919 roku. Według życzenia ojca miał zostać skrzypkiem. Sam myślał o studiach kartograficznych. Jednak jego nieprzeciętnie piękny głos od zawsze zwracał uwagę rówieśników. Wiosną 1946 roku w żołnierskim mundurze wraz z Reprezentacyjnym Zespołem Wojska Polskiego koncertował w Operze Śląskiej w Bytomiu. Tak zaczęła się jego przygoda z tym miastem. Wkrótce zasilił zespół gwiazd Opery Śląskiej. Obdarzony z natury niesamowitą skalą wewnętrznej ekspresji i, jak to nieraz nazywano, “śpiewającym sercem”, zawsze porywał i wzruszał. Paprocki był 14 lat solistą Opery Śląskiej. Po pamiętnym debiucie w “Traviacie” występująca z nim znakomita solistka Barbara Kostrzewska zachwycona jego głosem mówiła: “Gdyby “Traviata” zamiast trzech miała pięć aktów, pewnie bym się naprawdę zakochała w Alfredzie”.

Bytomskie lata artysta uznaje za najważniejsze w rozwoju swej sztuki wykonawczej. Swój dar głosu Paprocki tłumaczy żartobliwie: “To oczywiste… Moja matka pochodziła z domu Skowronków…”.

W 1960 roku osiadł w Warszawie, gdzie mieszka po dziś dzień. Swoje jubileusze artystyczne regularnie świętuje jednak w Bytomiu, zasiada też w jury Konkursów Wokalistyki Operowej im. Adama Didura.

Wczoraj podczas jubileuszowego spektaklu Paprocki śpiewać miał, jak 55 lat temu, w “Traviacie”. Niestety zmogła go choroba. Spotkanie poświęcone legendzie polskiej opery poprowadził Tadeusz Kijonka, kierownik literacki Opery Śląskiej. Podkreślał, że pod względem długowieczności artystycznej Paprocki jest kimś wyjątkowym, wręcz prawdziwym fenomenem wokalistyki w skali światowej.

- Nie jest na świecie znany przypadek czynnego tenora w takim wieku. Co innego głosy niższe. Jeśli chodzi o tenor, to jest to po prostu poza prawami biologii – mówił Kijonka.

Autor artykułu: KATARZYNA MAJSTEREK

Mistrzowie trialu

Thursday, October 25th, 2001

Łukasz Łapka, 19-letni zawodnik bytomskiego Klubu Motorowego Górników i Energetyków zajął trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej mistrzostw Polski w trialu motocyklowym. Jego starszy o trzy lata brat Michał też był w czołówce. Łukaszowi dobrze wiodło się w mistrzostwach Europy. Zajął siódme miejsce.

Trial to jazda motocyklem w szczególnie trudnym terenie. Obserwują i punktują ją sędziowie. Zawodnik nie jedzie na czas. Cała sztuka polega na tym, żeby nie spaść z motocykla i nie podpierać się podczas pokonywania przeróżnych, naturalnych przeszkód. W rodzinie Łapków trial jest sposobem na życie. Marek Łapka, ojciec Łukasza i Michała, ma coraz mniej czasu na rodzinną pasję, ale poświęca jej każdą wolną chwilę.

- Łukasz miło mnie zaskoczył w tym sezonie. Startował tylko w trzech z pięciu eliminacji mistrzostw Europy, a mimo to zajął dobre, siódme miejsce w klasyfikacji generalnej. Gdyby uczestniczył w dwóch pozostałych eliminacjach, to mogło być jeszcze lepiej. Pojechaliśmy do Francji i Włoch, trzecia eliminacja odbyła się w Krakowie. Na dwie pozostałe zabrakło pieniędzy. Trial jest drogim sportem. Komplet opon kosztuje 500 złotych i starcza na jeden weekend. Najwięcej pochłaniają jednak przejazdy – mówi pan Marek.

Na mistrzostwach Polski Łukasz obronił w tym sezonie tytuł drugiego wicemistrza. Oficjalna klasyfikacja jeszcze nie dotarła do klubu, ale wiadomo już, że 19-letni bytomianin zajmie trzecie miejsce.

- Wyprzedzili mnie dwaj krakowianie, bracia Tadeusz i Wojciech Błażusiakowie. W klasyfikacji juniorów będę drugi w Polsce, a Michał powinien być trzeci lub czwarty. Rok temu byłem mistrzem Polski juniorów – przypomina Łukasz.
W tym sezonie rozegrano dziesięć eliminacji MP, po dwie w Krakowie, Szklarskiej Porębie, Rogoźniku, Nowym Targu i, co jest nowością, w Czechach.

- To były mistrzostwa Czech, a jednocześnie jedna z eliminacji mistrzostw Polski. W końcowej klasyfikacji mistrzostw Polski zająłem ósme miejsce. Jeździmy z bratem na dobrych, hiszpańskich motocyklach znanych marek: Gas-Gas i Bultaco – mówi Michał Łapka.

Gas-Gas kosztowałby 20 tys. zł, ale Łapkom udało się kupić dobry, produkowany pod Barceloną motocykl z upustem cenowym. Jeździ na nim Łukasz.

- W przyszłym sezonie może uda się Łukaszowi przeskoczyć z trzeciego na drugie miejsce w Polsce. Taki cel sobie zakładamy – mówi Łapka senior.

Autor artykułu: ANDRZEJ MADEJCZYK

Cyganie ze starej szkoły

Thursday, October 25th, 2001

Wymalowany na biało, niewysoki dom przy Wawelskiej 55, to najstarszy budynek w Bieruniu Nowym. Jego historia sięga przynajmniej roku 1824, kiedy to na tzw. Gościńcu otworzono szkołę, choć podobno jeszcze wcześniej miała się w nim mieścić karczma. Dziś mieszka tam romska rodzina Mersteinów, ale nie wiadomo, jak długo jeszcze.

Mersteinowie mówią, że ich przodkowie do Polski przywędrowali z Niemiec, gdzie do dziś żyją niektórzy członkowie tego rodu. Mersteinowie przechowują wiele rodzinnych pamiątek. Są zdjęcia cygańskiego zespołu ,Tryska”, w którym w latach 50. występowali członkowie tej rodziny.

- To nasz dziadek Jan, który urodził się w Brnie – opowiada Krystyna Merstein wskazując na mężczyznę w czarnym garniturze. – Babcia pochodziła z rodziny Hersteinów, a urodziła się w Hamburgu. Wszyscy byli uzdolnieni artystycznie, występowali w różnych zespołach, śpiewali. Mieli nawet własny cyrk i byli dość majętni.

Rodzinie udało się przetrwać okres ostatniej wojny. W Bieruniu Nowym znalazła się około roku 1960.

- Mój ojciec otrzymał zameldowanie w tym domu. Ja mieszkam tu już ponad 40 lat. Tu chodziłam do szkoły, podobnie jak moi bracia. Tu urodziły się moje dzieci. Mieszka tutaj jedenaście osób. To, że ten budynek jeszcze się nie rozleciał, to tylko dlatego, że dbamy o niego – mówi K. Merstein.

Jej brat wspomina, że gdy się tu wprowadzili, to gdy w okolicy coś skradziono, pierwsze kroki milicja kierowała do ich domu. Kiedy jednak ich ojciec pochwycił dwóch złodziei, którzy włamali się do pobliskiego sklepu, sytuacja się zmieniła.

- Znamy polskich Cyganów i choć znacznie się różnimy, to często ktoś z nich nas odwiedza. Wtedy oczywiście są śpiewy i zabawa. Rodzina zjeżdża się, kiedy jest rocznica śmieci naszego ojca Stanisława pochowanego w Bieruniu. Nigdy jednak sąsiedzi nie dawali nam odczuć, że jesteśmy jacyś inni – mówią zgodnie mieszkańcy Wawelskiej 55.

Mimo to pojawiły się pogłoski, że Cyganów będą eksmitować. Kłopoty zaczęły jesienią ubiegłego roku, gdy budynek został sprzedany gminie.

- Rodzina, do której ten dom należał, wyjechała za granicę. Nieruchomość sprzedała miastu. Wkrótce pojawił się urzędnik z magistratu, który oświadczył, że będziemy musieli opuścić ten dom. Nie powiedział ani dlaczego, ani gdzie mamy się podziać – twierdzi K. Merstein.

Podobno pomysły wykorzystania obiektu były różne. Według jednego należy go wyburzyć. Inny, jako że jest to najstarszy dom w tej części Bierunia, mówił o powołaniu czegoś w rodzaju gminnego muzeum. Wiadomo już jednak, że przynajmniej na razie żaden nie zostanie zrealizowany:

- Sprawa ma trafić pod obrady Komisji Gospodarki Miejskiej Rady Miasta i to ona zadecyduje co dalej. Rodzina ta przebywa w tym budynku, jest tam zameldowana i chce go kupić, ale nie ma żadnego dokumentu potwierdzającego jej prawo do przebywania w nim – mówi Jan Stocki, naczelnik Wydziału Komunalnego UM.

Potwierdza to wiceburmistrz Jan Podleśny:

- Przez najbliższy rok nic się nie zmieni. Rodzina ta może tam mieszkać, szczególnie, że w ostatnim czasie zaczęła tam inwestować.

Teraz należy zatem czekać na dalsze decyzje.

Choć w budynku nie zachowały się żadne stare sprzęty, to sama jego konstrukcja pozostała nienaruszona. Tymi samymi krętymi schodami trzeba wspinać się na piętro, gdzie kiedyś żył wiejski nauczyciel. Pozostały również dwie pary potężnych drzwi, kształt wejścia oraz konstrukcja dachu. Obecnie piętro jest zamieszkałe, a pomieszczenia na parterze są puste. Jeszcze nie tak dawno budynek był bliski ruiny. Dziś każdy, kto przejeżdża ulicą Wawelską, musi przyznać, że został odnowiony, z podwórka zniknęła szpecąca stodoła, a pojawiły się oczka wodne i altanki z ławkami.

- Wymieniliśmy okna, odmalowaliśmy elewację. Chcemy również zagospodarować parter, a teraz chcą nas wyrzucić – martwią się lokatorzy.

Autor artykułu: BOGUSŁAW JASTRZĘBSKI

Rekreacyjna propozycja

Wednesday, October 24th, 2001

Spółka Luksor z Częstochowy złożyła w Urzędzie Miasta wniosek o zgodę na wybudowanie przy ul. Wyszyńskiego kompleksu rekreacyjno-wypoczynkowego. Miałyby tam być dwa kryte korty tenisowe z zapleczem, kawiarnia, kręgielnia i sala bilardowa. Propozycja nie spotkała się z aprobatą. Zarząd Miasta odrzucił wniosek spółki.

Autor artykułu: (JS)

Dyskryminacja

Wednesday, October 24th, 2001

Stowarzyszenie Kreatywne Kobiety uznało, że Ewa Dederko była dyskryminowana przez MOSiR w Żywcu.

Rzecz miała miejsce podczas czerwcowych mistrzostw Polski w triathlonie. Jako mistrzyni Polski Ewa Dederko otrzymała 300 zł. W kategorii mężczyzn nie dość, że premia była o 100 procent wyższa, to najlepszy z zawodników dostał jeszcze pływacką piankę o wartości około 1200 zł. – To dyskryminacja – twierdziła w rozmowie z nami rozgoryczona zawodniczka.

- U nas w ogóle nie szanuje się sportowców startujących w tej dyscyplinie. Zawody robi się tylko po to aby się odbyły. Nie ma promocji i całej otoczki wokół imprezy. Aż przykro jest startować. W Czechach zawody ogląda bardzo wielu ludzi, dopingując uczestników. Wszystko zorganizowane jest wspaniale – krytykowała przy okazji organizatorów i Polski Związek Triathlonu.
Stowarzyszenie Kreatywne Kobiety z Częstochowy postanowiło wysłać do organizatora imprezy czyli Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Żywcu protest uznając zróżnicowanie stawek za mistrzostwo Polski za dyskryminację kobiet.

- (…) W imprezie rangi mistrzostw Polski najważniejszym jest w naszym mniemaniu zdobycie tytułu mistrzowskiego i otrzymanie medalu na potwierdzenie osiągniętego wyniku. Nagrody rzeczowe i finansowe są tylko skromnym dodatkiem (…) – odpowiada m.in. Lucyna Kucharczyk, kierownik Biura Informacji Turystycznej i Organizacji Imprez Sportowych MOSiR Żywiec. – (…) Przy ustalaniu szczegółów dotyczących wysokości nagród za zdobycie poszczególnych lokat bierzemy pod uwagę przede wszystkim ilość startujących zawodników w grupie mężczyzn i kobiet. Jest chyba oczywiste, że łatwiej pokonać jest kilka rywalek niż zwyciężyć spośród kilkudziesięciu konkurentów (…).

Stowarzyszenie nie zgadza się z argumentacją MOSiR-u. Przewodnicząca Lidia Piestrzyńska skierowała do ośrodka w Żywcu kolejne pismo. – Jeśli nie ma środków finansowych lub są niewielkie, to proszę dać mężczyźnie i kobiecie po dyplomie, a nie różnicować nagród. Jeśli najważniejszy w mistrzostwach Polski jest tytuł, a nagrody są skromnym dodatkiem – proszę w przyszłości skromniejszy dać mężczyźnie, a mniej skromny kobiecie – nie odwrotnie. Z całą pewnością wiemy, że uraziliście panią Ewę Dederko i jej ciężką pracę włożoną w regularne treningi i profesjonalne przygotowanie – kontruje przewodnicząca.

Autor artykułu: (su)

Wygrać z fiskusem

Wednesday, October 24th, 2001

Jakie wyniki mają poszczególne Izby Skarbowe w kraju po starciu z podatnikami przed Naczelnym Sądem Administracyjnym – świadczą dane o wyrokach, które z podziałem na regiony podał portal onet.pl. Ujawniło je Ministerstwo Finansów.

Szczególnym polem do popisu są dla fiskusa niezwykle skomplikowane przepisy dotyczące podatku VAT. Zwykle kończą się obowiązkiem zapłaty.

Okazuje się, że w 2000 r. wartość niekorzystnych dla podatników decyzji wydanych przez urzędy skarbowe osiągnęła 1 mld 022 mln 934 tys. złotych, czyli średnio na jedno przedsiębiorstwo prawie 8.200 zł. Palmę pierwszeństwa dzierży US w Przemyślu – niekorzystne decyzje wyniosły 237.293 zł na jedną firmę. Przemyscy urzędnicy przekroczyli więc średnią krajową prawie 29-krotnie, czyli wykonali 2900 proc. normy.

Przyczyną niekorzystnych decyzji są niejasne przepisy podatkowe. Fiskus potrafi jednak doprowadzić postępowanie podatkowe do żałosnego dla firmy końca, mimo że sprawa złożona do NSA jeszcze nie zakończyła się wyrokiem. Nieustanne kłopoty przedsiębiorców z fiskusem wynikają również z faktu, iż urzędy skarbowe są jednocześnie sędzią, egzekutorem oraz instancją odwoławczą od własnych decyzji. Jeśli w związku z tym urzędnik określi gigantyczny podatek, może uniemożliwić firmie istnienie. Nawet jeżeli podatnik złożył odwołanie od decyzji urzędu skarbowego – ma na to 14 dni od jej otrzymania – to i tak trzeba zapłacić wcześniej podatek z wysokimi odsetkami.

Przy regulowaniu zaległości, odsetek i kar urzędy skarbowe pobierają 6 proc. na tzw. koszty egzekucji. Do Rzecznika Praw Obywatelskich dotarło pytanie przedsiębiorców, czy jest to zgodne z prawem – w istocie wprowadzono bowiem podatek, o którym nic nie wie Sejm.

Jeżeli właściciel firmy nie zapłaci, można wszcząć egzekucję administracyjną, by wyegzekwować i podatek, i odsetki. Można na przykład zająć konta bankowe podatnika. W ten sposób firma traci dostęp do pieniędzy, a w ostatecznym rezultacie płynność finansową i ulega likwidacji. Na taki właśnie efekt pracy fiskusa skarżyli się np. przedsiębiorcy z Cieszyna.

Autor artykułu: BEATA SYPUŁA

Zostaną u siebie

Tuesday, October 23rd, 2001

W ostatnich dniach dość głośno było o tym, że SSA GKS Katowice planuje opuścić obiekt przy ulicy Bukowej i dąży do tego, by drużyna grała na Stadionie Śląskim. Wczoraj – według piątkowych słów prezesa Piotra Dziurowicza – sprawa miała się definitywnie rozstrzygnąć. Tymczasem do redakcji sportowej ,DZ” wpłynął faks siedziby WPKiW w Chorzowie, na terenie którego obiekt się znajduje, w którym jego włodarze pragną ,uściślić niektóre podane w mediach fakty”. W więc: Po pierwsze – do końca września 2001 r. zadłużenie Stowarzyszenia GKS Katowice w stosunku do WPKiW wynosiło blisko 172 tysiące zł. Kwota 30 tysięcy to zaległy podatek VAT, odprowadzony wcześniej przez WPKiW, pomimo braku zapłaty ze strony GKS-u. Po drugie – dzierżawa obiektu przy ul. Bukowej została wypowiedziana. Nie ma to jednak żadnego związku z odcięciem mediów – to nastąpiło wskutek działań innych wierzycieli. I po trzecie – do 20 października SSA powinna była wpłacić zaległy VAT i czynsz za czwarty kwartał. Jeśli te płatności zostaną uregulowane, umowa zostanie podpisana.

Tyle panowie z Parku Kultury. Zapytany o rozwój rozmów z wierzycielami, prezes Dziurowicz zachowywał spokój. – Dziś (tj. we wtorek – red.) o godzinie 14 zostanie podpisana umowa z WPKiW – mówi. – Doszliśmy do porozumienia i drużyna nadal będzie grała na Bukowej. Dodajmy, że nie oznacza to równocześnie ,wskrzeszenia” dopływu prądu i wody. – Z dostarczycielami mediów musimy załatwić sprawę do piątku – kończy Dziurowicz.

Przypomnijmy, że najbliższa potyczka GKS – Górnik Zabrze odbędzie się właśnie w piątek, o godzinie 19.00.

Autor artykułu: (jarosz)

Pół wieku i 5 lat na scenie

Tuesday, October 23rd, 2001

W tej operze, na tej scenie rolą Alfreda zadebiutował 55 lat temu. Godzinę przed spektaklem, który rozpocznie się o godz. 18, legenda polskiego teatru operowego, Bogdan Paprocki spotka się z miłośnikami swego głosu.

,Pod względem wokalnym Bogdan Paprocki jest w historii powojennej opery polskiej po prostu wyjątkowym zjawiskiem. Głos o rzadkiej, złocistej, promiennej barwie, szczególny, niezwykle indywidualny sposób kształtowania dźwięku (…) bezbłędna intonacja (nie ma chyba nikogo, kto mógłby stwierdzić: słyszałem Paprockiego śpiewającego nieczysto), świetne, pełne blasku górne dźwięki (miał C jak dzwon, kto dziś ma takie?), oddechu ile zechce…”- pisała kiedyś Ewa Łętowska.

Za swój debiut przyjął rolę Alfreda, którą po raz pierwszy zaśpiewał w Bytomiu 23 listopada 1946 roku, choć tak naprawdę już parę dni wcześniej stanął na scenie w małej rólce Górala w Moniuszkowej ,Halce”. Bogdana Paprockiego, późniejszą gwiazdę scen krajowych i zagranicznych, która ma na swym koncie kilkadziesiąt płyt z muzyką operową, operetkową i pieśniami, w Bytomiu zaangażował 1 listopada 1946 r. Jerzy Sillich. Przed wojną Bogdan Paprocki śpiewał w szkolnym chórze i w czwórce rewelersów. W lipcu 1944 r. dał jeden z pierwszych w powojennej Polsce radiowy koncert, w którym wykonawcy pieśni Stanisława Moniuszki towarzyszył przy fortepianie znany dziś krytyk… filmowy, Zygmunt Kałużyński. Przed Bytomiem był przez dwa lata solistą zespołu Centralnego Domu Żołnierza w Lublinie.

Solistą Opery Śląskiej był Bogdan Paprocki do 1960 roku, trzy ostatnie lata dzieląc już jednocześnie ze stołeczną sceną operową. Na scenach całego świata, od Chin po USA i Meksyk, kreował około pół setki partii, stwarzając niezapomniane kreacje m.in. Jontka (w tej roli, której nauczył się dla własnej przyjemności a pierwszy raz ją zaśpiewał w trybie nagłego zastępstwa podczas występów bytomian w… Ostrawie, Paprocki do dziś uważany jest za najlepszego), Stefana, Don Josego, Leńskiego, Nemorina, Almavivy, Fra Diavolo, Pinkertona, Cavaradossiego, Don Carlosa, Manrica aż po Starego Fausta, którym na bytomskiej scenie świętował swe 75. urodziny. Jest artysta kawalerem wielu odznaczeń i laureatem mnóstwa nagród, wśród których chyba najcenniejszym jest ,Medal Opery” przyznany w 1960 r. przez Komitet Harriet Cohen International Music Award w Londynie.

Autor artykułu: MAREK SKOCZA