Archive for February, 2002

Folklor i moda

Friday, February 22nd, 2002

Wielka gala, otwierająca pokaz mody “Folkowe Echa”, odbyła się w środę w Zespole Szkół Odzieżowych w Tarnowskich Górach. Przyszło dużo gości, m.in. przedstawiciele samorządu powiatowego, pracownicy oświaty, radni, sponsorzy oraz rodzice uczennic.

Te pokazy mody mają już swoją dziesięcioletnią tradycję. Na rok przed ich rozpoczęciem grono pedagogiczne wraz z uczennicami wybiera ich temat przewodni. W zeszłym roku zadecydowano, że będzie to folklor polski. Stroje wykonywane są jako część pracy dyplomowej, dlatego dziewczyny podchodzą do tego z wielkim zaangażowaniem.

- Stroje inspirowane są folklorem na sześciu płaszczyznach: koronki, hafty, paski, cekiny, wycinanki i wieś polska. Akcenty ludowe wplecione zostały we współczesny i użytkowy wymiar odzieży. Decyduje to o ich atrakcyjności – mówi Jolanta Plotecka, dyrektor szkoły.

Przez godzinę można było podziwiać prace uczennic i przenieść się do barwnego świata polskiej wsi. Dominowały odcienie zieleni, brązu, żółci, złota, bieli, czerni, czerwieni oraz niebieskiego. Natomiast najczęściej używanymi materiałami były surówka, sztuczne skóry, len i tafta. Mimo obowiązkowej ludowości, odkryty brzuch i plecy nadawały strojom kobiecości. Hafty, koronki, cekiny najlepiej wkomponować w obcisły, wiązany z tyłu gorsecik i długą, dopasowaną spódnicę.

Obowiązujące w szkolnej modzie dodatki to słomiany kapelusz, torebka z lnu i kłosy we włosach. Pannom młodym poleca się welon, dopięty do wianka uplecionego z polnych kwiatów. A osobom, którym nie brak odwagi, spódnice z ogonem pawich piór.

Wszyscy zainteresowani tym, co w modzie piszczy, powinni jeszcze zdążyć kupić bilety na piątkowe pokazy.

Autor artykułu: SANDRA BUKOWSKA

Czy miasto poda wojewodę do sądu?

Friday, February 22nd, 2002

Skoczów, Hażlach, Zebrzydowice wyłączają na kilka godzin w nocy oświetlenie na drogach wojewódzkich. Dlaczego? Bo wojewoda śląski zalega z wypłatą pieniędzy, a tegoroczne wydatki na oświetlanie swoich ulic obciął o połowę. Cieszyn jeszcze dopłaca do latarni wojewody, licząc, że odzyska pieniądze, ale nadzieje urzędników szybko gasną.

Tak jak inne gminy, Cieszyn podpisał z wojewodą śląskim umowę, która zobowiązuje władze do utrzymywania dróg wojewódzkich i powiatowych, w tym ich oświetlania. Wojewoda ma za to miastu refundować poniesione koszty (mówi o tym ustawa). Problem w tym, że z powodu kłopotów finansowych państwa od dłuższego czasu tego nie robi. – Z przykrością muszę poinformować, że aktualnie nie ma żadnych możliwości przyznania dodatkowych środków ? pismo tej treści przyszło ostatnio do cieszyńskiego magistratu ze Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego. Wcześniej Zarząd Miasta ostrzegał, że jeżeli wojewoda nie zacznie płacić za światło, to władze Cieszyna w ogóle wyłączą oświetlenie na drogach wojewódzkich. – Zaczniemy od trzech dróg dojazdowych do przejść granicznych, które są pod zarządem wojewody – ostrzegał w styczniu Włodzimierz Cybulski, zastępca burmistrza Cieszyna. Teraz Zarząd Miasta zastanawia się nad ostatecznym rozstrzygnięciem problemu.

Widząc, że miasto niełatwo odzyska pieniądze od wojewody, zarząd rozważa, czy spełnić groźbę, czy może lepiej oddać sprawę do sądu. Drugie wyjście wydaje się być tańsze. – Wyłączenie oświetlenia to dodatkowe koszty – wyjaśnia Cybulski. Zakład Gospodarki Komunalnej szacuje, że wyłączenie latarni pochłonie 35 tys. zł. Tyle samo może kosztować ich ponowne uruchomienie. ZGK proponuje więc: wprowadzić przerwę w oświetlaniu ulic w godz. 23.00-5.00, od marca do końca roku (107 tys. zł oszczędności) albo wyłączyć w całości oświetlenie na drogach niegminnych – da to 218 tys. zł oszczędności, czyli prawie tyle, ile wojewoda obciął dotacji. – Nie jestem za wyłączaniem oświetlenia, musimy się zastanowić, co zrobić – zapewnia Włodzimierz Cybulski. – Prawdopodobnie, gdy zabraknie nam pieniędzy, złożymy do sądu pozew przeciwko wojewodzie. Ciągle musimy do czegoś dokładać. To jakieś nieporozumienie.

Autor artykułu: (two)

Siedmiowiekowy mur!

Thursday, February 21st, 2002

Dużą niespodzianką archeologiczną jest odkrycie średniowiecznego muru z XIV wieku. Znajduje się na głębokości ok. 3 metrów. Na jego fragment natrafiono w czasie odsłaniania fundamentów Zamku Sieleckiego, które ekipy konserwatorskie muszą zabezpieczyć przed wilgocią.

- Bardzo się ucieszyłam z odkrycia, bo potwierdza ono kronikarskie zapisy, że wieś Sielec istniała już w XIV wieku. Kronikarze piszą, że na początku XV wieku znajdował się tu dwór i siedziba rycerska – mówi archeolog, Teresa Kosmala.
O tym, że miejsce, na którym stoi zamek, ma bogatą przeszłość, świadczą też znaleziska. Teresa Kosmala natrafiła na fragmenty ceramiki, żelazną podkowę i miedziany guz, stanowiący fragment większej ozdoby.

Autor artykułu: (jew)

Jest praca przy spisie powszechnym!

Thursday, February 21st, 2002

W niektórych urzędach miast w naszym regionie już uruchomiono procedury rekrutacji rachmistrzów, którzy będą pracować przy zaplanowanym w dniach 21 maja – 8 czerwca spisie powszechnym ludności i mieszkań oraz spisie rolnym.

W całym naszym regionie pracę przy spisie dostanie około dwóch tysięcy osób. Jak wyliczył Główny Urząd Statystyczny, który będzie zatrudniał rachmistrzów, każdy z ankieterów może zarobić nawet około tysiąca złotych. Ale GUS stawia też warunki: rachmistrz musi liczyć sobie powyżej 18 lat, musi mieć minimum średnie wykształcenie. Dobrze, jeśli ma już doświadczenie w pracy przy podobnych spisach lub sondażach, dobrze jeśli jest komunikatywny i łatwo potrafi nawiązywać kontakty.

Praca przy spisie nie jest łatwa. W ciągu kilkunastu dni każdy rachmistrz będzie musiał odwiedzić około 60 domów lub mieszkań. Przyniesie ze sobą trzy formularze. Wypełnienie dwóch z nich jest obowiązkowe (choć za niewywiązanie się z tego obowiązku nie przewidziano kar), trzeci dotyczy zjawiska dzietności i w tym przypadku decyzja o wypełnieniu go należy do indagowanych kobiet. Pytania w formularzach dotykać będą kwestii naszego wykształcenia, kariery zawodowej, stanu cywilnego, stanu liczebnego rodzin.

Każde z największych miast naszego regionu wybrało inny sposób rekrutacji rachmistrzów. W Rybniku kandydaci powinni wypełnić specjalną ankietę i do połowy marca wrzucić ją do urny wystawionej w magistracie. Potem specjalna komisja oceni aplikacje i wybierze nieco ponad 500 osób.

Wodzisławski magistrat przeprowadzi nabór kandydatów jednego dnia. Każdy kto chce zostać rachmistrzem powinien stawić się 1 marca w budynku Urzędu Miasta przy ulicy Bogumińskiej 4B (pokój 206). Od godziny 9. będą tam przeprowadzane rozmowy kwalifikacyjne z przyszłymi rachmistrzami. Wybranych zostanie ponad 200 osób.
W Jastrzębiu Zdroju nabór kandydatów rozpocznie się 5 marca. Podanie będzie można składać w siedzibie Powiatowego Urzędu Pracy przy ulicy Pszczyńskiej. Później każdy przyszły rachmistrz przejdzie rozmowę kwalifikacyjną. Preferowane będą osoby, które nie mają pracy. Ostatecznie wybranych zostanie tam 400 osób. Inaczej nabór prowadzony będzie w Żorach. Biuro Spisowe w tym mieście zacznie funkcjonować 1 marca. Kandydatów na rachmistrzów zaproponuje też PUP. Osoby nie zarejestrowane mają więc małe szanse na tę pracę. Żory przyjmą 216 osób. 4 marca rzachmistrzów zacznie przyjmować raciborski Urząd Miasta. Nabór prowadzony będzie tego dnia od godziny 9 w pokojach 6,7,8. O przyjęciu decydować będzie głównie kolejność zgłoszeń.

Wybrani kandydaci na rachmistrzów przejdą kilkudniowe szkolenia. Kursy te zakończą się trudnym egzaminem (trzeba go obowiązkowo zdać). Zanim rachmistrz wyruszy w teren, będzie musiał złożyć pisemne przyrzeczenie zachowania tajemnicy spisowej.

Ostatni wielki spis ludności i mieszkań odbył się w roku 1988, spis rolny natomiast – w 1996 roku. Tegoroczna akcja przeprowadzana jest w ramach światowego spisu ludności zgodnie z rekomendacją ONZ.

Autor artykułu: MAREK TWARÓG, MARCIN KASPRZYK

Ukrywane wypadki?

Thursday, February 21st, 2002

Liczba nieszczęśliwych zdarzeń w kopalniach maleje od ponad 10 lat. Coraz więcej trafia się ich jednak w drodze do pracy. Niektórzy związkowcy głośno mówią, że górnicy namawiani są do składania takich zeznań, by wypadek przy pracy zamienić na wypadek “w drodze”.

- W ubiegłym roku w naszej kopalni było 90 wypadków przy pracy. W drodze do pracy i z pracy prawie 300 – mówi Piotr Szereda, przewodniczący “Solidarności ’80″ w kopalni “Jas-Mos”.

Po tragicznym wypadku w tej jastrzębskiej kopalni górnicy mówili, że statystyki wypadków, które sporządzają ludzie odpowiedzialni za bezpieczeństwo w kopalniach nie oddają rzeczywistej skali zagrożeń w poszczególnych zakładach.

- Statystyki są manipulowane – mówi Piotr Luberta, przewodniczący Związku Zawodowego Ratowników Górniczych. – Świadczy o tym fakt, że wiele spraw dotyczących wypadków w kopalniach trafia na sądową wokandę.

Niektórzy związkowcy zarzucają ludziom z dozoru, że namawiają ofiary wypadków do składania zeznań, dzięki którym nawet te wypadki, które zdarzyły się w podziemnych wyrobiskach kwalifikowane są jako zdarzenia, które miały miejsce przed zakładem. Korzyść dla pracodawców miałaby być taka, że zabieg pozwala na przerzucenie kosztów wypadku z kopalni na Zakład Ubezpieczeń Społecznych.

Zapewnienie bezpieczeństwa pracy w kopalniach oznacza gigantyczne wydatki.

- W ubiegłym roku na profilaktykę BHP wydaliśmy 74 miliony złotych – mówi Andrzej Pakura, dyrektor zespołu BHP w Rudzkiej Spółce Węglowej SA. – W tym samym czasie wydatki na świadczenia dla osób poszkodowanych w wypadkach na terenie naszych kopalń kosztowały nas 11 milionów złotych. Na bezpieczeństwie nikt u nas jednak nie oszczędza. Nie mamy żadnych limitów wydatków na te świadczenia.

Zdaniem Bogusława Bobrowskiego, przewodniczącego Związku Pracodawców Górnictwa, oszczędzanie na bezpieczeństwie w kopalniach nie ma w ogóle sensu. O pojawiających się oskarżeniach mówi: – To pomówienia i bzdury.

Autor artykułu: JAROSŁAW LATACZ

PIN zamiast podpisu

Wednesday, February 20th, 2002

To co dopiero zamierza zrobić Wielka Brytania – czyli zastąpić PIN-em podpisy przy zakupach na kartę – praktykują już z powodzeniem śląskie hipermarkety. Taka zmiana ma ograniczyć dostęp złodziei do kont klientów.

Niektórych klientów zaskoczyła, ostatnio coraz częściej spotykana, praktyka, która polega na tym, że kasjerki w hipermarketach nie proszą już o złożenie podpisu na wydruku z kasy, gdy kupuje się na kartę, ale o wstukanie własnego PIN do urządzenia elektronicznego i naciśnięcie przycisku ,akceptuj”.

- To bezpieczniejszy sposób – przekonują kasjerki katowickiego Auchan. – Nie musimy porównywać podpisu złożonego na karcie z tym na wydruku. Zresztą tamta metoda była zawodna, bo złodziej miał sporo czasu na nauczenie się podpisu, zanim dokonał transakcji. Często też bywa, że klienci mają karty niepodpisane i podpisują je już przy kasie. Nie mamy wtedy możliwości zakwestionowania autentyczności podpisu.

Także Tomasz Kowalczyk, specjalista ds. kart w ING Banku Śląskim, przekonuje, że nowa metoda jest pewniejsza.

- Już 90 proc. punktów sprzedaży wyposażono w terminale z możliwością autoryzacji karty przez wpisanie numeru PIN, a tylko 10 proc. kasjerek prosi o złożenie podpisu – tłumaczy Kowalczyk.

Konieczność wstukania PIN powoduje, że jeśli złodziej zechce się posłużyć naszą kartą, konto będzie dla niego niedostępne. Zastąpienie podpisu numerem PIN jest zatem szansą na zmniejszenie liczby przestępstw związanych z nielegalnym wykorzystaniem kart debetowych i kredytowych. Podobne zmiany zamierza wprowadzić u siebie Wielka Brytania. Szacuje się, że w 2001 r. straty związane z nielegalnym wykorzystaniem kart płatniczych sięgnęły tam 400 mln funtów. Prace nad poprawieniem poziomu bezpieczeństwa transakcji za pomocą kart prowadzone są na Wyspach już od 1995 r. Nowe karty z wbudowanym mikroprocesorem będą zawierały znacznie większą liczbę informacji o użytkowniku. Wymiana starych kart z paskiem magnetycznym na nowe, chipowe, potrwa w Wielkiej Brytanii prawdopodobnie do 2005 r.

- Karty z mikroprocesorami są pojemniejsze i bezpieczniejsze od kart magnetycznych. Od tych zmian nie ma odwrotu – przekonuje Bohdan Mierzwiński, dyrektor pionu detalicznego ING BSK, firmy będącej liderem wśród wydawców kart.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Visę International, w krajach, w których karty z mikroprocesorem są już w użyciu, ryzyko dokonania przestępstwa jest znacznie mniejsze. We Francji w ciągu trzech lat liczba nielegalnych transakcji spadła niemal do zera.

W Polsce dokonywanie oszustw za pomocą karty jest o tyle ułatwione, że na razie banki jedynie rozważają możliwość wprowadzenia zasady przyjmowania bezwarunkowej, niemalże natychmiastowej odpowiedzialności za transakcje. Obecnie stosowany jest 48-godzinny okres reagowania od momentu zgłoszenia zastrzeżenia dokumentu lub karty. Z punktu widzenia dobrego zabezpieczenia interesów i sektora bankowego, i klientów, konieczne jest skrócenie tego okresu. Jednak w opinii Związku Banków Polskich będzie to możliwe po przejściu wszystkich jego członków na nową, elektroniczną wersję dystrybucji danych. Dysponuje nią Ośrodek Międzybankowej Informacji  Gospodarczej. System MIG Dokumenty Zastrzeżone umożliwia pracę z centralną bazą danych niemalże w czasie rzeczywistym.

Kwestia ustalenia momentu przejęcia odpowiedzialności przez bank za realizację np. zastrzeżonej karty zależy jednak od tego, czy bank podłączony jest do bazy danych on-line. W systemie Międzybankowej Informacji Gospodarczej – ,Dokumenty Zastrzeżone” obecnie uczestniczy 56 banków oraz Komenda Główna Policji, która zgłasza do niego informacje o utraconych blankietach dokumentów tożsamości i dowodach rejestracyjnych pojazdów. Obecnie baza danych systemu liczy ponad 1,35 mln informacji o dokumentach zastrzeżonych. Średni dzienny przyrost szacuje się na około 1.800 dokumentów.

* * *
Zamiast wytrycha
Zastrzeżenia dokumentów w 2001 r.:
czeki – 799.627 szt.;
rachunki – 50.810 szt.;
książeczki (obiegowe, terminowe) – 13.382 szt.;
karty bankowe -11.206 szt.;
stemple (głównie kasowe bankowe) – 351 szt.;
dowody osobiste – 121.821 szt.;
paszporty polskie – 11.393 szt.;
prawa jazdy – 196.802 szt.;
dowody rejestracyjne pojazdów – 147.283 szt.;
inne dokumenty (np. paszporty zagraniczne, książeczki marynarskie, wojskowe) – 102 szt.

Autor artykułu: BEATA SYPUŁA

Na dużym plusie

Wednesday, February 20th, 2002

Rentowność firmy za ubiegły rok wyniosła 4,11 proc. To najlepszy wynik w historii przedsiębiorstwa. Stawia on ,Czechowice” w grupie najdynamiczniej rozwijających się polskich firm.

Dla porównania przypomnijmy, że w 2000 roku czechowicka rafineria przyniosła ponad 23,3 mln zł zysku netto przy około 1,1 mld zł przychodów.

- Jesteśmy bardzo zadowoleni z osiągniętych w 2001 r. wyników. Kosztowało nas to wiele pracy, ale trud się opłacił – ocenia Henryk Malesa, prezes zarządu Rafinerii Czechowice SA. – To zasługa załogi i służb, które nieustannie penetrują rynek w poszukiwaniu atrakcyjnych partnerów handlowych.

Produkty z ,Czechowic” sprzedawane są do Czech, Słowacji, Słowenii, Chorwacji, Austrii i na Węgry. Chodzi tu przede wszystkim o ciężkie oleje opałowe, benzyny do pirolizy, asfalty i parafiny.

Struktura organizacyjna czechowickiej rafinerii jest podporządkowana produkcji paliw, parafin, olejów silnikowych i przemysłowych oraz przeróbce oleju talowego i kwasów tłuszczowych. Spółka zabiega o umocnienie swej pozycji na rynku – jest trzecią co do wielkości produkcji rafinerią w kraju. Przeprowadziła w ubiegłym roku warte 20 milionów złotych inwestycje, które pozwoliły na poprawę jakości wyrobów i lepszą ochronę środowiska.

- Jednym z efektów osiągniętych wyników było zrealizowanie programu inwestycyjnego w oparciu o własne środki – mówi Andrzej Żurek, dyrektor finansowy Rafinerii Czechowice SA.

Rafineria Czechowice SA ma kilkuprocentowy udział w polskim rynku paliw. 75 proc. akcji spółki należy do Nafty Polskiej SA, 10 proc. do Skarbu Państwa, a 15 proc. do inwestorów indywidualnych, głównie pracowników.

Autor artykułu: (BS)

Niepokój inwestorów

Wednesday, February 20th, 2002

Szwedzki Vattenfall planuje zainwestować w tym roku 350 mln zł w Górnośląski Zakład Energetyczny i Elektrociepłownie Warszawskie. Firma obawia się jednak, że wprowadzenie akcyzy na energię elektryczną w obecnym kształcie będzie dla niej dotkliwe. Dlatego wspólnie w innymi zagranicznymi inwestorami w Polsce, a także niektórymi spółkami Skarbu Państwa będzie zabiegał o przeniesienie części kosztów na odbiorców energii.

- Z kwoty 350 mln zł najwięcej pochłoną inwestycje w sieć niskiego napięcia w GZE, ochronę środowiska, wykup akcji w firmach, gdzie jesteśmy właścicielami – powiedział Hannu Kostiainen, prezes Vattenfall Poland.

W ciągu ostatnich dwóch lat firma ze Szwecji zainwestowała w Polsce 450 mln USD. Jej całkowite zobowiązania inwestycyjne w naszym kraju do 2010 r. wynoszą 2 mld USD. Vattenfall Poland jest właścicielem 55 proc. akcji w Elektrociepłowniach Warszawskich i chce zwiększyć swój udział do 80 proc. Ma też 32 proc. akcji w GZE i – zgodnie z umową prywatyzacyjną – zapewni sobie ich większość w 2003 roku.

- Prognozy zysku netto w 2002 r. dla Górnośląskiego Zakładu Energetycznego GZE pozostają na tym samym poziomie co wstępne wyniki za ubiegły rok – powiedział prezes H. Kostiainen.

Według wstępnych danych, ubiegłoroczny zysk netto GZE, największego w Polsce dystrybutora energii, waha się między 2 a 4 mln zł. W ubiegłym roku przychody wyniosły 2,33 mld zł. Dla porównania, w 2000 r. GZE wykazał 1,8 mln zł zysku netto i 2,3 mld zł przychodów. Klienci – głównie firmy z wielkiego przemysłu – są winni gliwickiej firmie około 400 mln zł.

Vattenfall obawia się obecnie wprowadzenia akcyzy na energię elektryczną w przyjętym przez Sejm kształcie. Zostaną nią od kwietnia objęci wytwórcy, co da budżetowi w tym roku 1,9 mld zł.

- Wraz z innymi inwestorami zagranicznymi, a także niektórymi spółkami Skarbu Państwa, mamy jeszcze nadzieję na zmiany w ustawie o akcyzie. Podatki powinny być choć częściowo przeniesione na odbiorców końcowych w postaci taryfy – uważa Kostiainen. – Jeżeli tak się nie stanie, będzie to katastrofa dla całego sektora energetycznego.

Autor artykułu: (BS)

Celnicy zarekwirowali wczoraj prawie 50 tysięcy dolarów

Tuesday, February 19th, 2002

Jechali z Pruszkowa do Wiednia. Dojechali tylko do Cieszyna. Na przejściu granicznym w Boguszowicach coś nie spodobało się celnikom, którzy postanowili przeszukać samochód. Jednak w fiacie doblo nic nie znaleźli. 32-latek i jego o sześć lat starszy kolega zostali poproszeni do rewizji osobistej.

Gdy drugi z nich ściągnął koszulę, celnicy z wydziału operacyjnego osłupieli. – O kurczę – jęknął jeden z nich. Mężczyzna miał za paskiem spodni kilka zwitków 100-dolarówek spiętych gumkami. Po przeliczeniu gotówki okazało się, że było tego w sumie 56 tys. zielonych – o 47,2 tys. za dużo.

Mężczyźni wpadli wczoraj rano. Nie zgłosili nic do odprawy i być może to wzbudziło podejrzenia. – Poszliśmy na nosa. Po prostu – szczęście. Czasami nam sprzyja – wyznał nam jeden z celników operacyjnych, który z kolegą kilka godzin dokładnie liczył dolary. Ze względu na specyfikę pracy nie chciał ujawnić nazwiska.

Wobec 38-latka, u którego w spodniach znaleziono dolary, wszczęto postępowanie karne. Jak mówi Elżbieta Gowin, rzecznik Urzędu Celnego w Cieszynie, przemytnicy sprawnie wymyślili, że pieniądze wieźli do matki jednego z nich. Kombinacje nie dały zbyt wiele. Według prawa dewizowego, z Polski wolno wywieźć bez specjalnego zezwolenia tylko 5 tys. euro (około 18 tys. zł). Z ogólnej sumy 56 tys. dolarów celnicy zatrzymali więc 47,2 tys. – równowartość 197 tys. zł.

- To bardzo duża strata dla tych ludzi. Taaaka fura pieniędzy! – wzdycha Elżbieta Gowin. – Należy przypuszczać, że dolary pochodzą z nielegalnego źródła. Gdyby były z czystych interesów, mogłyby przecież iść za granicę za pośrednictwem banku.

Czy celnicy mogą liczyć na procent od znaleźnego? Raczej nie, chociaż w poprzednich latach takie wypadki się zdarzały. Gdy raz zatrzymali na granicy 80 kilogramów narkotyków, dostali na głowę prawie 100 tys. zł. – Kiedyś można było otrzymać nawet 40 proc. wartości przemytu. Teraz albo nagrody są symboliczne, albo nie dostajemy ich wcale. Wszystko przez ministra finansów – mówi anonimowo jeden z celników wydziału operacyjnego.

* * *

Największą sprawą dewizową ubiegłego roku było zajęcie przez celników z Cieszyna 37,6 tys. dolarów wartych 158 tys. zł. W sumie w 2002 roku Urząd Celny w Cieszynie oddał do budżetu państwa tytułem cła i podatków 2,5 mld zł. Jeden celnik wypracował w ciągu roku średnio 2,3 mln zł. Ponadto funkcjonariusze odprawili 47,4 mln osób, 494 tys. tirów, 66 tys. autobusów i 8,6 mln samochodów.

Autor artykułu: WOJCIECH TRZCIONKA

Przyszedł czas na gaz

Tuesday, February 19th, 2002

W nabliższych tygodniach powinna spaść cena autogazu – twierdzą właściciele stacji benzynowych. To przekonanie potwierdza Polska Organizacja Gazu Płynnego, która sporządza właśnie raport dotyczący importu i sprzedaży tego paliwa. Niedawna podwyżka akcyzy spowodowała lekki wzrost cen, lecz mimo to można się spodziewać, że wiosną wielu kierowców ruszy do wyspecjalizowanych warsztatów, żeby założyć w autach instalację gazową. Oznacza to, że plajta, która niedawno zawisła nad tysiącami warsztatów rzemieślniczych, na razie oddaliła się.

- Trwa jeszcze zastój zimowy, ale spodziewamy się, że ruch będzie się zwiększał. Ponadto jeśli w przyszłości wejdzie w życie nowy podatek drogowy i zdrożeje ubezpieczenie OC, kierowcy będą chcieli obniżyć koszty eksploatacji pojazdów – mówi Tomasz Ciecierski z zakładu montującego instalację autogazu w Czeladzi.

Dziś w kraju autogaz kosztuje średnio 1,10-1,31 zł za litr. Na Śląsku trzeba za niego zapłacić w granicach 1,19-1,27 zł. Według Ciecierskiego, za kilka tygodni gaz może stanieć nawet o kilkanaście groszy za litr.

W tym roku akcyza na autogaz wzrosła z 261 zł do 390 zł za tonę. Na stacjach paliwowych oznacza to wzrost cen o około 7 groszy za litr. Pod koniec ubiegłego roku fiskus zabierał 15 groszy za każdy litr autogazu, teraz inkasuje 22 grosze.

- To będzie chyba jedyna podwyżka akcyzy na autogaz w tym roku. Na razie nic nie wiemy o planach wprowadzenia kolejnej. Przepisy nic na ten temat nie mówią – mówi Ryszard Beszterda z Polskiej Organizacji Gazu Płynnego.

Handel autogazem stał się w Polsce doskonałym interesem. Wobec wzrostu cen benzyn, coraz więcej kierowców decyduje się przerobić na gazową instalację zasilania w samochodzie. W 2000 r. zbiorniki na gaz założono w około 148 tys. samochodów, o 40 tys. więcej niż w 1997 roku. Sprzedano 395 tys. ton gazu, który rozprowadzany jest w 1900 punktach w całym kraju. Według danych Polskiej Izby Paliw Płynnych, pod względem powszechności zastosowania gazu do napędzania samochodów nasz kraj znalazł się na trzecim miejscu w Europie – tuż za Włochami i Holandią. W Polsce najwięcej samochodów napędzanych gazem jeździ po drogach Śląska – szacuje się, że stanowią one około dwóch trzecich wszystkich aut.

Po panice z 2000 roku, kiedy to Ministerstwo Finansów zaczęło przebąkiwać o 80-procentowej podwyżce akcyzy na gaz, sytuacja uspokoiła się. Gdyby do takiej podwyżki doszło, interes przestałby się opłacać. W aglomeracji katowickiej jest kilkaset warsztatów montujących instalacje gazowe w samochodach, a każdy z nich zatrudnia 4-6 osób. Liczba montowanych instalacji stale się zwiększa.

- Jest lepiej niż w ubiegłym roku – twierdzi Adam Ruciński, właściciel zakładu Duocar w Zabrzu. – Wiosną wprowadzimy promocje.

Montaż instalacji do zasilania gazem kosztuje przeciętnie od 1,5 tys. złotych za samochód z silnikiem gaźnikowym, a 2,3-2,8 tys. za samochód z wtryskiem i katalizatorem. Na taką przeróbkę decydują się głównie posiadacze polonezów, choć zdarzają się klienci przyjeżdżający do warsztatów drogimi samochodami produkcji amerykańskiej z silnikami o pojemności powyżej 3 litrów. Żeby koszt montażu zwrócił się, trzeba przejechać co najmniej 20 tys. kilometrów.

Ceny autogazu na stacjach mogą się jednak zasadniczo rożnić między sobą. Wszystko zależy od tego, gdzie tankujemy paliwo. Najtaniej jest przy wschodniej granicy Polski, bo tam wpływ na cenę ma działalność firm aktywnych w szarej strefie. Stacje kupują gaz bez akcyzy od rosyjskich pośredników i dzięki temu sprzedają każdy jego litr o kilkanaście groszy taniej niż w innych rejonach kraju.

Autor artykułu: ADAM WOŹNIAK