Zdaniem Marka Weinerta, prawda o śmierci jego brata Macieja od kilku lat jest przez kogoś skrywana. – Coś nie daje mi spokoju. Nie zostawię tak sprawy, choć prokuratura i sądy uznały ją za zamkniętą – mówi rawiczanin.
Tajemnicze zniknięcie
Maciej Weinert, 52-latek z Załęcza – wsi pod Rawiczem zaginął pod koniec stycznia 2001 roku. Po prostu, wyszedł z domu i nie wrócił. Tak zresztą przedstawiono to w programie telewizyjnym ,,Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie’’.
Mieszkał z rodziną w okazałym domu otoczonym murem i lasami, które były jego własnością. Lubił spacerować po swoich włościach. W czasie jednego z takich spacerów zniknął. Do poszukiwań niemal natychmiast, jeszcze tego samego dnia włączono całą rawicką policję. Poszukiwania ruszyły już w kilka godzin po zniknięciu, choć jak ustaliliśmy wcześniej, Maciej Weinert miał w zwyczaju nie pojawiać się w domu nawet przez kilka dni. Mieszkańcy nie ukrywają, że takiej akcji poszukiwawczej nie widzieli wcześniej na oczy. – To było jak film – wspominają.
Przeczesano lasy i sprawdzono okoliczne pola. W poszukiwaniach pomagała żona i syn. Wskazywali miejsca, w których często pojawiał się zaginiony. Nic nie znaleziono.
Niespodziewanie w dwa lata po zaginięciu w czasie polowania myśliwi natrafili na ludzkie szczątki w lesie niedaleko domu Weinerta. Tej części lasu nie sprawdzono.
- Poszukiwacze opierali się na sugestiach najbliższej rodziny, że nie pojawiał się w tej części lasu – wspomina Marek Weinert.
Badania antropologiczne szczątków potwierdziły, że to Maciej Weinert. Biegli medycy zarzekali się jednak, że nie są w stanie ustalić przyczyny, ani nawet czasu zgonu. Sprawa po spisaniu nic nie wnoszących zeznań trafiła do teczki ,,brak dowodów przestępstwa’’. Dalej nikt nie szukał już winnych.
Kilka osób ma jednak coś do powiedzenia.
Coś tu nie gra
Jedyną osobą nadal walczącą o ujawnienie zagadkowej śmierci biznesmena jest jego młodszy brat – Marek. Mimo że z Maciejem od kilku lat nie wiązały go silne więzy rodzinne, mówi, że czuje się odpowiedzialny za wyjaśnienie tej sprawy. Kolejne przedstawiane przez niego fakty mogą potwierdzać nieufność w naturalny zgon brata.
- W lesie znaleziono czaszkę brata. Na części mózgowej odkryto ślad po urazie. Szrama na kości miała długość dziewięciu centymetrów. Pytałem lekarzy czy z takim śladem na czaszce można normalnie funkcjonować. Zaprzeczyli – mówi Weinert.
Odkrycie w swoim uzasadnieniu potwierdza rawicka prokuratura. Oparła się o orzeczenie biegłych sądowych.
- Cechy złamania kości świadczyły, że doszło do niego na kilka miesięcy przed zgonem zmarłego – czytamy w ekspertyzie biegłych.
Dlaczego więc nikt nie zbadał sprawy wnikliwiej? Skąd takie twierdzenie biegłych, skoro nie ustalono czasu zgonu?
- Nie wiem. Sugerowałem nie raz konieczność odpowiedzi na te pytania. Początkowo uznano, że jestem poszkodowanym w tej sprawie i mogę zabierać głos i zgłaszać wnioski – mówi Marek Weinert.
W czasie kolejnych posiedzeń sąd odebrał mu jednak to prawo. Weinert kolejne dowody przedstawia już na miejscu tragedii. – Ten leśny młodnik jest tak gęsty, że nikt nie jest w stanie wejść tutaj i po prostu upaść czy zasłabnąć. Brat musiał być tutaj wciągnięty i ukryty – dodaje Marek Weinert.
W lutym tego roku decyzją prokuratora w Rawiczu umorzono dochodzenie w sprawie śmierci Macieja Weinerta. „Nie można wykluczyć, że zgon mógł nastąpić z przyczyn naturalnych. W związku z tym dochodzenie w tej sprawie należało umorzyć, gdyż czynu (zabójstwa przyp. red.) nie popełniono” – tłumaczył w uzasadnieniu Waldemar Kozar, prokurator prowadzący sprawę w rawickiej prokuraturze rejonowej.
To właśnie sformułowanie: ,,Zgon mógł nastąpić…” budzi wiele kontrowersji. Okoliczności zaginięcia i miejsce odnalezienia zwłok są na tyle niejasne, że powinny zastanowić prokuraturę.
Żona czeka
Żona zmarłego, Maria Weinert też jest przekonana o udziale osób trzecich. – Od początku mówiłam o tym policji. Nie słuchali mnie. Sprawę umorzono, ale mi nadal zależy na jej wyjaśnieniu – mówi kobieta.
Nie złożyła jednak jako poszkodowana żadnych formalnych pism w tej sprawie w przeciwieństwie do swojego szwagra. – Nie ma sensu – tłumaczy.
Wdowa przyznała nam, że stara się zainteresować problemem redakcję telewizyjnego programu kryminalnego 997. – Wierzę, że znajdą się osoby, które wiedzą coś o śmierci męża, a do tej pory milczały. Ja dowiedziałam się już między innymi, że ktoś widział samochód wyjeżdżający nocą z lasu na drogę, przy której znaleziono męża – dodaje.
Plotkom nie wierzę
Policja poza akcją przeszukań lasów przesłuchiwała też potencjalnych podejrzanych i świadków w sprawie. Jak udało nam się dowiedzieć, lista przesłuchanych nie była jednak długa. Poza wdową i synem zmarłego, przesłuchano także Marka Weinerta, jednak dopiero na wniosek zainteresowanego.
Prokuratura nie uznała za konieczne przesłuchać ani policjanta prowadzącego dochodzenie, ani byłego sąsiada Weinertów. Zdaniem brata zmarłego, zwłaszcza zeznania funkcjonariusza policji miałyby kluczowe znaczenie dla sprawy i nie pozwoliłyby na takie zakończenie.
- Sprawę umorzono. Nie ma do czego wracać. Zrobiliśmy wszystko co można było. Nie będziemy opierać się na plotkach i nie potwierdzonych domysłach – kwituje dziś sprawę Waldemar Horodko, komendant powiatowy policji w Rawiczu.
Komentarza nie udało nam się uzyskać od prokuratora Kozara. – Do sierpnia jest na urlopie – informują w prokuraturze.
Nasz anonimowy policyjny informator znajduje proste wyjaśnienie całej sprawy.
- To trudne śledztwo. W oparciu o wątłe dowody postawienie
komuś zarzutów byłoby trudne. Druga nie wykryta sprawa w Rawiczu (pierwsza to nie wyjaśnione zabójstwo ekspedientki ze sklepu Dosia – przyp. red.) w ciągu roku miesza w statystykach. Żadna komenda tego nie chce. Łatwiej uznać, że to zgon naturalny – przyznaje policjant.
Brat zmarłego jest zdeterminowany. – Nie zostawię tego w ten sposób. Złożę wniosek do kolejnych instancji. Mam już uzasadnienie umorzenia, które mnie nie przekonuje. Wiem, że się narażam, ale prawda jest dla mnie ważniejsza – zapowiada.
Autor artykułu: Michał WIŚNIEWSKI, Adam CICHY