Archive for August, 2003

Dyrektor protestuje

Friday, August 22nd, 2003

Wczorajsza publikacja „Ziemi Kaliskiej” „Skandal w szpitalu” wzbudziła duże zainteresowanie naszych Czytelników, którzy poruszeni byli faktem, iż zwłoki przewożone są przez szpitalny dziedziniec w ciągu dnia, na oczach pacjentów i ich rodzin. Do redakcji zwrócił się również doktor Andrzej Krzak, dyrektor szpitala w Ostrowie Wielkopolskim, który stwierdził iż takie postępowanie jest konieczne, zwłaszcza w czasie dużych upałów. Szpital nie jest bowiem połączony korytarzem ani podziemnym przejściem z prosektorium. Dyrektor nie zamierza również zmieniać swoich dyspozycji, nakazujących sanitariuszom przewożenie ciał. Zdaniem oburzonego szefa placówki: „Tytuł artykułu, zdjęcie i notatka na pierwszej stronie wyraźnie sugerują Czytelnikowi, że procedura związana z transportem zwłok jest nieprawidłowa, a dopiero artykuł wyjaśnia, że wszystkie dotychczasowe kontrole sanitarne nie wykazały nieprawidłowości.” To oraz treść naszego tekstu, zdaniem dyrektora, przesądza o fakcie, że „nie było skandalu w szpitalu”.

Autor artykułu: (z)

Zasłabł z głodu

Friday, August 22nd, 2003

Pogarsza się stan zdrowia głodujących od czterech dni pracowników Wagonu.
Wczoraj po południu zasłabł jeden z mężczyzn i trafił do ostrowskiego szpitala.

W strajku głodowym bierze już udział 14 pracowników, co kilka godzin dołączają do nich kolejni. Wszyscy są pod stałą opieką, przez cały czas czuwa nad nimi pielęgniarka zakładowa, dwa razy dziennie badani są przez lekarza. Do ich dyspozycji przygotowano płyny: wodę, soki i wywary z warzyw.

Ogólne osłabienie

Do tej pory głodówka przebiegała spokojnie i stan zdrowia jej uczestników opkreślano, jako dobry. Wczoraj jednak po południu zasłabł jeden z głodujących – Maciej Marchewka, który dołączył do protestujących w ten sposób kolegów w środę wieczorem. Wówczas czuł się wyśmienicie. Sytuacja zmieniła się wczoraj rano. Jak sam powiedział lekarzowi pogotowia – już wtedy czuł się słabo. Jego koledzy mówili, że miał niski poziom cukru we krwi. Pod koniec dnia Maciej Marchewka poczuł się znacznie gorzej i trzeba było wezwać karetkę pogotowia.

- Kiedy przyjechaliśmy pacjent był świeżo po omdleniu – mówi Marek Fułek, lekarz pogotowia. – Przyczyną było ogólne osłabienie organizmu. Zdecydowałaem o przewiezieniu chorego do szpitala, gdzie został podłączony do kroplówki, wykonane zostały również wszystkie podstawowe badania. Teraz najbardziej potrzebny jest mu spokój- mówi Marek Fułek.

Nie przerwią głodówki

Zdarzenie to wpłynęło negatywnie na samopoczucie wszystkich strajkujących. Udzieliło im się zdenerwowanie, na wielu twarzach pojawiła się troska i smutek. Przewodniczący zakładowej „Solidarności”, Grzegorz Majchrzak poprosił ich, by pozostali w łóżkach i oszczędzali siły. Nie zdecydowano się na przerwanie głodówki.

Czekają na wieści z Warszawy

Załoga Wagonu z niecierpliwością wyczekuje na wieści z Warszawy. Dziś rano rozpocząć się tam mają rozmowy Komitetu Strajkowego z wicepremierem Jerzym Hausnerem i innymi przedstawicielami rządu. Przypomnijmy, iż strajkujący już od 17 dni pracownicy domagają się wypłaty zaległych wynagrodzeń, wprowadzenia planu restrukturyzacji fabryki i rozmów zarządu firmy z wierzycielami. – Od tych rozmów zależy nasze być, albo nie być – mówią strajkujący.
Wczoraj do Komitetu Strajkowego dotarły informacje, że dwaj członkowie Zarządu Fabryki Wagon – Jacek Górka i Maciej Biowski oddali się do dyspozycji przewodniczącego Rady Nadzorczej. Swoje decyzje uzasadniają wyczerpaniem wszelkich dostępnych możliwości rozwiązania problemów strajkujących, jak również brakiem możliwości zarządzania spółką.

O Wagonie w Sejmie

Wczoraj też Klub Parlamentarny SLD zwrócił się do marszałka Marka Borowskiego, by na najbliższym posiedzeniu Sejmu przedstawiona została informacja w sprawie „katastrofalnej sytuacji” w ostrowskim Wagonie oraz o „możliwości jej zapobieżenia przez właściwe instytucje państwowe”. -Mając na względzie desperację załogi, która podjęła głodówkę, a także nieobliczalne skutki społeczne tej sytuacji, wnosimy o przedstawienie Sejmowi powyższej informacji -podkreślono we wniosku podpisanym przez sekretarza klubu SLD, Wacława Martyniuka.

Autor artykułu: AGAT

Wymodlili deszcz

Wednesday, August 20th, 2003

Wczoraj wróciła z Częstochowy 366 Kaliska Pielgrzymka. Rolnicy z Godziesz i Brzezin
witając pątników mówili, że przynieśli oni ze sobą upragniony deszcz.

Mimo ostrych opadów kaliszanie nie zawiedli. Tłumnie wyszli na ulice miasta, by przywitać pielgrzymów. Jako pierwsza do miasta wkroczyła rozśpiewana i roztańczona grupa oliwkowa z Opatówka. To właśnie wśród pątników z tej grupy wędrowała najstarsza uczestniczka 366 pielgrzymki, 88-letnia Bronisława Sztrajt, nazywana przez wszystkich pątników siostrą Bronią.

Gratulacje i życzenia

- To już moja 44 pielgrzymka, prawie całą drogę przeszłam na własnych nogach – mówiła Bronisława Sztrajt. – Jak tylko spojrzałam na tę radosną młodzież, to od razu nabierałam siły do dalszej wędrówki.

Pani Bronisława właśnie wczoraj obchodziła urodziny. Podczas mszy świętej odprawianej w kościele w Brzezinach wszyscy pielgrzymi zaśpiewali jej „Sto lat”. Również ksiądz biskup Stanisław Napierała, który wraz z proboszczami parafii uczestniczących w pielgrzymce, przywitał grupę oliwkową, pogratulował najstarszej uczestniczce i złożył jej życzenia urodzinowe.

Spotkanie z Bogiem

Po przywitaniu pierwszej grupy duchowni dołączyli do pielgrzymów z Opatówka i wraz z nimi przeszli pod Bazylikę Świętego Józefa, gdzie po dotarciu pozostałych pątników nastąpiło uroczyste powitanie.

- Cieszę się, że pielgrzymi wrócili do nas cali i zdrowi – mówił ksiądz biskup Stanisław Napierała. – Wytrzymali trudy wędrówki w straszliwym słońcu i w strugach deszczu. Jak widać mimo zmęczenia i ogromnego wysiłku są w doskonałych nastrojach. Emanuje z nich radość i szczęście. Szli żeby spotkać się z Bogiem i z Nim się spotkali. Wielu z nich wyzwoliło się z tego, co ciążyło im na duszy.
Podczas całej trasy uczestnicy pielgrzymki spotykali się z życzliwością wielu ludzi. Dzięki uprzejmości dyrektorów szkół w Wieluniu i Krzepicach mogli nocować w szkołach. Jedna z kobiet z wdzięczności za wysłuchaną w ubiegłym roku modlitwę naszych pielgrzymów, przyjęła w swoim domu aż 20 osób.

Dziękują za pomoc

- Jesteśmy niezmiernie wdzięczni wszystkim tym, którzy nam pomogli – mówił ksiądz Krzysztof Ordziniak, kierownik pielgrzymki. – Szczególne słowa podziękowania należą się firmie „Hellena”, która każdego dnia dostarczała wodę mineralną dla pątników. Dzięki tej wodzie łatwiej było przetrzymać upały.

PS. Dziś o godzinie 18 w Bazylice Świętego Józefa odprawiona zostanie msza święta dziękczynna.

Autor artykułu: JAZ

Feralne uderzenie pioruna

Wednesday, August 20th, 2003

Na ponad 50.000 zł oszacowano wstępnie straty spowodowane pożarem budynku inwentarsko-mieszkalnego w Brzezinach. Przyczyną wybuchu ognia było wyładowanie atmosferyczne.
Gwałtowna burza przeszła nad Brzezinami (powiat kaliski) w nocy z 18 na 19 sierpnia.

- Gdy tylko zaczęło się błyskać, wstałam z łóżka i powyłączałam wszystkie urządzenia z prądu – mówi Maria Walczak. – Jestem już przewrażliwiona, bo trzy tygodnie temu, podczas krótkiej burzy uderzenie pioruna przepaliło nam w domu dwa telefony. Innym mieszkańcom Brzezin piorun zniszczył telewizory. Ucierpiało wtedy sporo osób w naszej wsi. Dlatego wolałam być przezorna.
Pani Maria z powrotem położyła się do łóżka i zasnęła. Około godziny 3.20 nastąpiło potężne wyładowanie. Piorun uderzył w budynek inwentarski, który bezpośrednio przylega do domu. Wewnątrz obory zgromadzone były duże ilości słomy i siana. Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Cała rodzina (w sumie pięć osób) zdołała w porę opuścić mieszkanie pełne dymu.

- Gdy wyszliśmy na zewnątrz, cały budynek był już w płomieniach – mówi Zbigniew Walczak, właściciel gospodarstwa. – Po jakimś czasie oberwał się spory fragment sufitu w sypialni. Całe szczęście, że już nas tam nie było.
Gospodarz z pomocą syna i sąsiadów zdołał wyprowadzić dwie krowy z obory. Reszta inwentarza pozostała w środku. W akcji gaśniczej trwającej ponad pięć godzin uczestniczyło 20 strażaków. Straty wstępnie oszacowane na 50.000 zł mogą być jednak znacznie wyższe.

- Trzeba niemal od podstaw odbudować oborę i przeprowadzić generalny remont domu, który również bardzo mocno ucierpiał w wyniku pożaru – dodaje Zbigniew Walczak. – Dziękować Bogu, że nikomu z nas nic się niestało.

Autor artykułu: JAZ

Może rząd pomoże

Wednesday, August 20th, 2003

Wczoraj w południe siedmiu pracowników fabryki Wagon rozpoczęło strajk głodowy. Co osiem godzin będą do nich dołączać kolejni. Do udziału w tej formie protestu zgłosiło się 18 osób.

Z sytuacją w Wagonie mieli zapoznać się wczoraj członkowie rządu. Wiadomość o tym dodała strajkującym otuchy i jednocześnie zachęciła do wytrwania w proteście. Tym bardziej, że zewsząd napływają do Wagonu wyrazy poparcia i solidarności. Wczoraj w Ostrowie rozdzwoniły się wszystkie dzwony kościelne, a w południe rozbrzmiały fabryczne syreny. W wielu zakładach w różnych regionach kraju na znak solidarności z ostrowskim Wagonem wywieszono flagi lub na minutę przerwano pracę.

Zdecydowało losowanie

- Głodówka to ostateczność – podkreślali tuż przed jej rozpoczęciem strajkujący – ale nie mamy innego wyjścia. Zarząd firmy nie przedstawił do tej pory planów ratowania fabryki, ani nie znalazł pieniędzy na wypłatę zaległych wynagrodzeń. Potrzeba na nie blisko 4 miliony złotych. Przygotowania do strajku głodowego trwały kilka dni. Do ostatniej chwili czekano na wiadomości od zarządu, które pozwoliłyby na rezygnację z tej formy protestu. Niestety, nie nadeszły.

Ochotnicy przeszli podstawowe badania lekarskie. Pobrano im krew na zawartość cukru, zmierzono ciśnienie. Wszyscy przeszli też badania EKG. Okazało się, że jedna z pań musiała zrezygnować z udziału w głodówce z uwagi na wysokie ciśnienie. Choroba żony przeszkodziła z kolei innemu pracownikowi, by przyłączyć się do głodujących. Ostatecznie na liście znalazło się 18 nazwisk. O tym, kto będzie głodował w pierwszej kolejności zadecydowało losowanie. Jako pierwsi przystąpili do niej: Wojciech Mikołajczyk, Robert Stolarek, Piotr Marcinkowski, Remigiusz Mroziński, Henryk Mizgalski, Zbigniew Przygoda i Marian Grell.

Zdeterminowani z nadzieją

Dla głodujących przygotowano łóżka w sali konferencyjnej pobliskiego hotelu Granada. Po ośmiu godzinach dołączać będą do nich koleje osoby.

- Jeśli nasze postulaty nie zostaną spełnione, a zarząd nie będzie chciał z nami rozmawiać, grono głodujących będzie się powiększało – mówią związkowcy.

Wśród strajkujących widać ogromne zdeterminowanie, nie tracą jednak nadziei. Wierzą, że ich poświęcenie nie będzie nadaremne. – Mam troje dzieci w domu, żona pracuje również w fabryce – mówi Robert Stolarek. – Nie mamy innego wyjścia, musimy walczyć w ten sposób. Nie czuję się żadnym bohaterem, to los nam tak każe. Będę się starał wytrzymać jak najdłużej.

Wśród głodujących znalazły się również dwie kobiety. Jedna z nich przystąpiła do głodówki mimo sprzeciwu całej rodziny. – Moja rodzina uważa, że nie my powinniśmy głodować, tylko ci, którzy doprowadzili fabrykę do takiej sytuacji- mówi Elżbieta Błaszczyk. – Ja jednak zdecydowałam się. Dołączę do kolegów 23 sierpnia. Mam nadzieję, że podołam.

Opieka lekarska

Cały czas nad głodującymi czuwa pielęgniarka zakładowa. Przez 24 godziny przy telefonie dyżuruje również lekarz. Dla głodujących przygotowana jest woda, soki oraz preparaty witaminowe. Przez całą dobę będą mieli systematycznie uzupełniane płyny w organizmie. Dwa razy dziennie będą badani przez lekarza. – Przez pierwsze godziny trzeba pracownikom mierzyć ciśnienie, temperaturę – mówi Magdalena Michalska. – Jakiekolwiek niepokojące sygnały będą natychmiast konsultowane z lekarzem.

Wpłynęły zaliczki

Wczoraj na konta wszystkich strajkujących pracowników wpłynęły zaliczki. Każdy otrzymał kwotę 300 zł. Środki te, to należności za pracę wykonaną przez pracowników Wagonu: malowanie blach dla Orlenu oraz ze sprzedaży wyprodukowanych na eksport dwóch wagonów. – Pieniądze wpłynęły na konta tylko dzięki działaniom naszych prokurentów – mówi Grzegorz Majchrzak, przewodniczący zakładowej „Solidarności”. – To oni podpisali przelewy.

Nie ma jeszcze oficjalnych informacji na ten temat, ale prawdopodobnie prokurenci fabryki przestali pełnić swoje funkcje. Tak przynajmniej wynika z treści telefonogramu, jaki do fabryki przysłał prezes spółki, Marian Preditis.

Autor artykułu: Agnieszka SPALENIAK

Zabrakło sześciu metrów

Monday, August 18th, 2003

Czterdziestu zawodników, w tym cztery panie, stanęło wczoraj w szranki o tytuł najlepszego beretomiatacza świata.

Mistrzostwa w rzucaniu tym najpopularniejszym nakryciem głowy odbyły się w Koźminie Wielkopolskim w ramach Foris Country Folk Meeting, nad którym patronat sprawowała nasza gazeta. Najdalej, na odległość 34 metrów i 36 centymetrów, rzucił Zenon Aleksandrowicz z Koźmina Wielkopolskiego. Nie udało mu się jednak pobić wyczynu Eugeniusza Szczura, który w 2000 roku wyrzucił beret na odległość 40,98 m i został wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa.

Antenką do słońca

Beretomiotanie narodziło się w Krotoszynie osiem lat temu, jako przedsięwzięcie towarzyszące popularnemu wówczas Folk Festowi. Jak pokazuje historia, żeby zostać mistrzem świata w tej dyscyplinie nie trzeba specjalnie trenować. W zawodach w rzucaniu beretem może wziąć udział każdy, niezależnie od wieku, wykształcenia, płci i zasobności portfela. Wystarczy – jak mówią organizatorzy mistrzostw – poczucie humoru, dobre wiatry i łut szczęścia. Ten ostatni przydaje się, żeby sprawić, aby beret spadł antenką do słońca, a nie w trawę.
W tym roku beret sprzyjał debiutantom. Najdalej wyrzucił go Zenon Aleksandrowicz z Koźmina Wlkp.

- Pierwszy raz trzymałem beret w ręku i nie liczyłem na zwycięstwo. Sprzyjały mi warunki atmosferyczne. W przyszłym roku na pewno stanę w obronie tytułu mistrza – zapewniał najlepszy tegoroczny beretomiotacz, Zenon Aleksandrowicz. I wicemistrzem został Sławomir Szeląg, również koźminianin, który wyrzucił beret na odległość 32,90 m. On również debiutował w tej dyscyplinie. Trzeci raz swoich sił w rzucaniu beretem próbował za to Mariusz Dymarski z Rozdrażewa, który zajął trzecie miejsce. W ślady taty poszła córeczka, Adrianna, która stanęła na podium jako najmłodszy uczestnik mistrzostw. Nagrodzono także Wandę Gawrońską z Ustkowa, jako najlepszą beretomiotaczkę wśród pań.

- To mój najlepszy wynik – mówiła zaskoczona mistrzyni. Udało się jej rzucić beretem na 27,61 m. Takiego wyczynu nie udało się przez osiem lat dokonać żadnej przedstawicielce płci pięknej, choć próbowały tego nawet Peruwianki i Francuski.

Wyrzucili papierosy

Dodatkową dyscypliną było w tym roku rzucanie papierosów. Dziewięciu panów i trzy panie spróbowało zmierzyć się ze swoim nałogiem. Poszło im nie gorzej niż kolegom rzucającym beret. Najdalej wyrzucił pełną paczkę papierosów Mariusz Musioł – 31, 45 m. Artur Musiał, z wynikiem 30,50 m, stanął na podium na II miejscu, a Jarosław Skrzypczak (29,90 m) zajął trzecie miejsce.

Najprzystojniejsze garbusy

Mistrzostwa Świata w Rzucie Beretem były imprezą wieńczącą trzydniowy III Foris Country-Folk Meeting. Jedną z części festiwalu był zlot garbusów. Do Koźmina Wlkp. zjechało ponad 60 starych volkswagenów – nie tylko aut garbatych, ale także „ogórków” i „bulików”, czyli volkswagenów-busów.

- Ponieważ festiwal, na który przyjeżdżamy, jest imprezą country, wszyscy właściciele garbusów przebrali się ostatnio za kowbojów. W tym roku postanowiliśmy to trochę odmienić i upodobniliśmy się do Indian – wyjaśnia Elżbieta Górska, organizatorka zlotu, od siedmiu lat posiadaczka żółtego garbusa.
Ponad pół setki garbusów paradowało w sobotę po ulicach Koźmina Wlkp., zachęcając mieszkańców do przyjścia na „podzamcze”. Miłośnicy samochodów wybrali tam garbusią piękność – czekoladowego volkswagena w stylu retro, należącego do Jarosława Politowicza, lekarza ze Słupcy.

- Nie jest dla mnie ważne to, że dostaję nagrodę. Najbardziej liczy się, że są ludzie tak samo kochający garbusy jak ja, że przechodnie na ulicy go zauważają. Ten samochód to realizacja moich chłopięcych marzeń. Cieszę się, że moją miłość do garbusa podziela żona – powiedział właściciel najprzystojniejszego auta zlotu.

Autor artykułu: Aneta JACKOWSKA

Zabity pieszy i ranni pielgrzymi

Monday, August 18th, 2003

Kilkunastu rannych pielgrzymów, mężczyzna śmiertelnie potrącony przez pijanego kierowcę fiata 126p oraz groźne w skutkach pożary – to bilans minionego weekendu.

Pierwsza z tragedii rozegrała się w piątek wieczorem w Słupi pod Kępnem. Na prostym odcinku drogi krajowej nr 11 autokar z pięćdziesięcioma pielgrzymami z Opola, którzy powracali z sanktuarium w Licheniu, wypadł z trasy, przewrócił się na bok i wylądował w przydrożnym rowie. Dziesięć osób z obrażeniami ciała trafiło do szpitala. Stan dwóch lekarze oceniają jako poważny.

Chciał uniknąć zderzenia

Z ustaleń policji wynika, że zawinił kierowca lanci, który jadąc od przeciwnej strony zajechał drogę autobusowi. Kierowca autokaru chcąc uniknąć czołowego zderzenia, odbił w lewo i stracił panowanie nad pojazdem. Autosan z dużą prędkością wpadł na miękkie pobocze, przewrócił się i wylądował w rowie. – Usłyszałem jedynie pisk hamowania opon i za chwilę wszyscy leżeliśmy na lewej ścianie autokaru – opowiada Mieczysław Pątnowski, poszkodowany uczestnik pielgrzymki.

- Wszystko działo się w ułamkach sekund. Panował straszny chaos. Ludzie krzyczeli i wołali o pomoc – dodaje z przerażeniem inny uczestnik wypadku. Mniej poszkodowani opuścili wrak autokaru o własnych siłach. Kilkanaście osób, które w wyniku wypadku doznały poważniejszych obrażeń, wydobywali kępińscy ratownicy.

Skomplikowane złamania

- Po dotarciu na miejsce okazało się, że w kabinie pozostaje kilka rannych starszych osób – mówi kpt. Piotr Szulc z KPPSP w Kępnie. – W ciągu kilku minut udało się ewakuować wszystkich pasażerów. Dziesięć osób przewieziono do szpitala. Część po opatrzeniu ran opuściło oddział. W najpoważniejszym stanie są dwie starsze kobiety. Doznały skomplikowanych złamań. Ich życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo. Resztą poszkodowanych zajęli się strażacy z OSP w Słupi. Pielgrzymów przewieziono do miejscowej strażnicy, gdzie czekali na dodatkowy autokar.

Nie wrócił do domu

W nocy z piątku na sobotę doszło do kolejnej tragedii. Około godz. 2.40 w Morawinie (gmina Doruchów) pijany kierowca nieoświetlonego fiata 126p wjechał w grupę młodych ludzi idących prawidło poboczem jezdni. Piesi wracali z zabawy tanecznej po dożynkach. W wyniku uderzenia śmierć na miejscu poniósł 23-letni mężczyzna. Osiemnastoletnia dziewczyna i o rok starszy chłopak doznali obrażeń ciała. Oboje trafili do ostrzeszowskiego szpitala. Ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Sprawca wypadku 32-letni mężczyzna, próbował uciec samochodem z miejsca zdarzenia, jednak wjechał do rowu. Został zatrzymany przez świadków tragedii, którzy niemal natychmiast podjęli za nim pościg. Obecnie został on oddany do dyspozycji prokuratury.

Zaczadzone zwierzęta

Chwile pełne grozy przeżyli też mieszkańcy wsi Żychów (gmina Lisków). Najprawdopodobniej z powodu zwarcia instalacji elektrycznej zapaliła się tam obora. Wewnątrz pomieszczenia było osiem sztuk bydła (sześć byków i dwie jałówki). Wszystkie zwierzęta padły z powodu zaczadzenia bądź spalenia.

- Syn jechał w niedzielę rano na polowanie i wstał o godzinie 3.30 – mówi Jan Ignaszak właściciel gospodarstwa. – Gdy wyszedł z domu zauważył, że cała obora płonie. Próbowaliśmy ratować bydło, które przeraźliwie ryczało. Niestety, ogień był już zbyt duży. Nic nie mogliśmy zrobić.
Tuż obok ogarniętego ogniem budynku znajdowały się dwa inne pomieszczenia gospodarskie, obora i stodoła. W stodole właściciel trzymał cztery tysiące gęsi. W nocy były one wypuszczone na zewnątrz. Przerażone i oszołomione pożarem ptaki chciały wchodzić do płonącej obory.

- Musieliśmy je odganiać i szybko budować prowizoryczne ogrodzenie, bo inaczej pewnie wszystkie by się spaliły – dodaje. Jan Ignaszak. – W tym samym czasie strażacy osłaniali budynki gospodarskie przed pożarem.
Straty wstępnie oszacowano na 60.000 zł. Podobne szkody wywołał też pożar stodoły z oborą w Liskowie (w nocy z 15 na 16 sierpnia). Tam oprócz zniszczenia zabudowań spaleniu uległo też sześć ton ziarna. W akcji gaśniczej uczestniczyło 33 strażaków.

Autor artykułu: ART, JAZ, WOLF

Szansą złotnickie świnie

Monday, August 18th, 2003

Studium Wiejskiego Gospodarstwa Domowego Akademii Rolniczej w Poznaniu wystąpiło z propozycją rozpoczęcia hodowli świni złotnickiej w małych gospodarstwach powiatu ostrzeszowskiego. Propagatorem tej idei jest dr. inż. Aleksandra Swulińska-Katulska, która zajmuje się poszukiwaniem i promocją produktów lokalnych w celu ożywienia i rozwoju obszarów wiejskich. – Nadzieję budzi hodowla odtworzonej niedawno rasy świni złotnickiej – wyjaśnia. – Jej chów jest co prawda dłuższy, ale nie jest ona wymagająca w żywieniu i posiada smakowite mięso. To atut, który należy wykorzystać. Zwłaszcza, że dzięki temu można odtworzyć dawny przepis kulinarny, który może przyciągnąć turystów na wieś.

Mięso, potrawy i przetwory ze świni złotnickiej mogą stać się farmerskim produktem lokalnym o niepowtarzalnych walorach smakowych i konkurencyjnych cenach.

- Chcemy zorganizować specjalne seminarium na temat warunków hodowli świni złotnickiej – mówi Zofia Witkowska, wicestarosta ostrzeszowski. – Zależy nam, aby wzięli w nim udział nie tylko rolnicy, którzy nie mają możliwości przemysłowej hodowli trzody oraz agroturyści, ale również przedstawiciele firm masarskich, przetwórstwa spożywczego, restauratorzy. To szansa dla ludzi, którzy nie boją się nowości i chcą poprawić swoją sytuację materialną.

W akcji propagowania chowu świni złotnickiej wezmą także udział przedstawiciele ośrodka doradztwa rolniczego i Wielkopolskiej Izby Rolniczej.

Autor artykułu: WOLF

Z Wielkopolski na Syberię

Thursday, August 14th, 2003

W ramach przygotowań do rajdu „Transsyberia” kaliszanie trenują m.in. przeprawy
przez rzeki. Parokrotnie zatopili już auto. Musieli im pomagać rolnicy.

Większość załóg uczestniczących w I Międzynarodowym Rajdzie Samochodowym „Transsyberia” stanowią Polacy. Wielkopolskę będą reprezentowały jeszcze dwie ekipy: z Poznania i Konina. Załogi zagraniczne to: Anglicy, Szwedzi, Brytyjczycy i Rosjanie. W imprezie weźmie też udział Martyna Wojciechowska – znana prezenterka telewizyjna. Trzydziestodniowa wyprawa rozpocznie się 1 września w Gdańsku.

Mocny samochód

W tak ciężkich warunkach, przy drogach uważanych za nieprzejezdne, bardzo ważny jest odpowiedni samochód. Członkowie ekipy kaliskiej Artur Owczarek i Tomasz Malinowski szukali auta przez ponad miesiąc.

- Zjeździliśmy prawie całą Polskę – mówi Artur Owczarek. – Byliśmy między innymi w Warszawie, na Wybrzeżu i na Śląsku. Nissana patrola GR 4×4, rocznik 1997, kupiliśmy w Przemyślu.
Auto zbudowane jest, jak ciężarówka. Ma sztywne mosty i solidne podwozie. Żeby mogło uczestniczyć w tak dalekiej i ciężkiej wyprawie, konieczne będzie dokonanie szeregu przeróbek.

- Zmienimy zawieszenie na jeszcze sztywniejsze, żeby wytrzymało ekstremalne warunki – mówi Tomasz Malinowski. – Kupiliśmy już specjalne ogumienie, zamontowaliśmy nowy zderzak, wyciągarkę i osłony z profili stalowych. Auto trzeba też dostosować do brodzenia, minimum do głębokości 1,5 metra. Układy odpowietrzenia i dopowietrzenia silnika wyprowadzone zostaną ponad dach auta.

Dodatkowe baki

Syberia to nie niemieckie autostrady. Stacje benzynowe są niekiedy oddalone od siebie o setki, a nawet tysiące kilometrów. Dlatego trzeba tankować maksymalnie – ile się da.

- Zwiększymy zasób paliwa z 80 do 300 litrów poprzez zamontowanie dodatkowych baków i kanistrów wewnątrz samochodu – mówi Artur Owczarek. – W warunkach ekstremalnych na raz zatankowanym paliwie powinniśmy pokonać około 1500 kilometrów.
Organizatorzy ostrzegali uczestników przed różnymi niespodziankami. Przy podniesionym stanie wód przekroczenie rzeki może okazać się niemożliwe. Objazdy mogą liczyć od 100 do… 1000 kilometrów. Żeby być w miarę niezależnym trzeba zabrać na trasę: liny, pasy, specjalistyczny podnośnik do wyciągania podtopionego auta z rzeki, latarki, siekiery, szpadle, zapasy żywności i lekarstw. Wszystko to musi się zmieścić w niewielkim wnętrzu terenowego auta.

Trening nad Prosną

Pokonanie w bród około 270 rzek to gigantyczne zadanie. Rajdowcy intensywnie trenują w okolicach Kalisza, a także w Bieszczadach. Na trasie będą musieli poradzić sobie z wieloma rzekami, często głębokimi i o bardzo silnym nurcie. Do najniebezpieczniejszych należą Chandyga i Kjubjune. Dlatego przeprawę przez wodę kierowcy muszą mieć maksymalnie opanowaną.

- Niestety, parokrotnie nie udało nam się przejechać – opowiada Artur Owczarek. – Samochód zatonął, a my musieliśmy się ewakuować. Wyciągali nas rolnicy. Zazwyczaj wystarczały dwa traktory. Gospodarze przeważnie byli nam przychylni. Może tylko trochę się dziwili. Nie mogli zrozumieć dlaczego wpakowaliśmy się do rzeki, skoro obok stoi most.

Nocleg w starej kopalni złota

Przejazd będzie wyzwaniem, ale też fascynującą przygodą. Rajdowcy zobaczą krajobrazy, jakich nie ma nigdzie indziej na świecie, skosztują owoców tajgi i syberyjskich potraw. Niewątpliwymi atrakcjami będą m.in.: rejsy po jeziorze Bajkał i Morzu Ochockim, noclegi w wyrobiskach po byłych kopalniach złota. Kierowcy odwiedzą też wioskę buriacką oraz Wierszynę, enklawę polskości na Syberii. Mieszkający tam Polacy, którzy do dziś mówią w ojczystym języku.
Obaj śmiałkowie mają nadzieję, że uda im się szczęśliwie dojechać do mety w Magadan. Będziemy trzymali za nich kciuki.

PS. Koszty udziału w rajdzie są bardzo wysokie. Ekipa kaliska szuka sponsora, który w zamian za reklamę współuczestniczyłby w sfinansowaniu wyprawy.

Fragment z konspektu rajdu

Dzień 24, czwartek 25.09.2003
Odcinek w kierunku Chandygi
Do Magadanu pozostało już niecałe 1700 kilometrów. Prosimy o rozwagę – zależy nam, aby wszyscy szczęśliwie zakończyli rajd. Na odcinku tym jesteśmy zdani sami na siebie. Nie możemy liczyć na pomoc w zakresie napraw, nie możemy też wezwać pogotowia ratunkowego. Odcinek należy do bardzo trudnych. Kręte drogi, oblodzone przełęcze górskie, brody, niebezpieczne zwężenia i półki skalne, na których brak barierek. Miejscowości, które zaznaczone są na mapie, w większości już nie istnieją. Prosimy o zachowanie szczególnej ostrożności!!!

Autor artykułu: Jacek ZDUŃCZYK

Rozmowy bez konkretów

Thursday, August 14th, 2003

Nie przyniosły efektu wtorkowe rozmowy w Warszawie przedstawicieli strajkującej załogi Wagonu z zarządem firmy. Wczoraj kontynuowano je w Ostrowie, ale strajkujący niewiele po nich się spodziewali.

Rozmowy w Warszawie, w których uczestniczyli także przedstawiciele m.in. Ministerstwa Skarbu i Agencji Rozwoju Przemysłu, trwały ponad pięć godzin.

- Były to wstępne rozmowy, a nie żadne negocjacje – podkreślił podczas wczorajszego wiecu w Wagonie przewodniczący zakładowej „Solidarności”, Grzegorz Majchrzak. – Nie doszliśmy do żadnego porozumienia, gdyż nie mieli nam nic konkretnego do zaproponowania. Rozmawialiśmy o wszystkim, ale nie o tym, co nas nurtuje. Proponowano nam różne rzeczy, ale nie te, na które liczyliśmy, a więc na pieniądze i rozwiązania systemowe.

Kredyt w 24 godziny?

Podczas spotkania w Warszawie prezes Wagonu, Marian Preditis poinformował, że są trzy banki, które ponoć gotowe są udzielić firmie kredytu pod warunkiem, że poręczy je Skarb Państwa.

- Rzeczywiście, prezes Preditis powiedział nawet, że taki kredyt mógłby zostać uruchomiony w ciągu 24 godzin – przyznał uczestniczący w rozmowach członek Komitetu Strajkowego, Jan Surma. – Cóż jednak z tego, skoro uczestniczący w spotkaniu wiceminister skarbu Ignacy Bochenek odpowiedział natychmiast, że o poręczeniu takiego kredytu przez Skarb Państwa nie może być mowy.

Bez złudzeń

Jedynym więc, wymiernym efektem rozmów w stolicy było ustalenie spotkania w Ostrowie. Do gmachu Urzędu Miasta, w którym je zorganizowano, przybyli tylko dwaj członkowie zarządu Wagonu – Jacek Górka i Maciej Biowski oraz pełnomocnik zarządu ds. restrukturyzacji Ryszard Kłobucki. Nie było prezesa Mariana Prieditisa, który swoją nieobecność wytłumaczył pilnym wyjazdem do Niemiec na spotkanie z właścicielami firmy i rozmowami na temat sytuacji zakładu.

Na wczorajsze spotkanie przedstawiciele komitetu strajkowego szli bez złudzeń. Mówili, że skoro nie było konkretnych propozycji w Warszawie, to jak mogą pojawić się zaledwie dzień później. Początkowo pod Urząd Miasta wybierała się cała strajkująca załoga. Zrezygnowano z tego pomysłu na wieść o tym, że nie będzie prezesa spółki. W chwili zamykania tego wydania gazety, rozmowy w ostrowskim magistracie trwały.

Od wyniku rozmów z zarządem Wagonu uzależnione są dalsze decyzje Komitetu Strajkowego i kształt całej akcji protestacyjnej. – Jeśli nie dojdziemy do porozumienia, to najprawdopodobniej zaostrzymy formę protestu i rozpoczniemy strajk głodowy. Na udział w głodówce zdecydowanych jest już 15 pracowników powiedział Grzegorz Majchrzak.

Nie tylko strajkują

Związkowcy z „Wagonu” podjęli także próbę odzyskania pieniędzy, które na wniosek jednego z wierzycieli zajął komornik. Środki te przeznaczone były na wypłatę czerwcowych wynagrodzeń. Decyzję o umorzeniu postępowania komornika podjął już Sąd Rejonowy w Ostrzeszowie. – Sąd ustalił, że w sprawie fabryki Wagon toczy się postępowanie układowe- wyjaśnia Henryk Haak, rzecznik Sądu Okręgowego w Kaliszu. – Wydał więc postanowienie, na mocy którego umorzył postępowanie egzekucyjne. Nie jest ono prawomocne.
Pieniądze te nie trafią jednak na konto fabryki, złożone zostaną w depozycie sądowym. Wierzyciel, którym jest firma MET-CHEM, ma siedem dni na zaskarżenie decyzji sądu.

- Staramy się odblokować te pieniądze – mówi Grzegorz Majchrzak. – Będziemy w tej sprawie rozmawiać z wierzycielem.

Pieniądze pozwoliłyby na zakup materiałów i tym samym uruchomienie produkcji. Zdaniem związkowców, mimo strajku bardzo prawdopodobna jest realizacja kontraktu dla PKP CARGO na remont 50 wagonów typu FALNS. Już teraz Komitet Strajkowy zdecydował, że załoga wykona dwa wagony zamówione na eksport. – Mamy zapewnienie naszych prokurentów, że pieniądze z ich sprzedaży trafią na konto fabryki – mówią związkowcy.

Autor artykułu: Agnieszka SPALENIAK